Kategorie: Wszystkie | Biografie | Ikeizmy | Inne
RSS
czwartek, 07 czerwca 2007

W poszukiwaniu Marty Podgórnik

Już kilka godzin po Krakowie w deszczu chodzę, zmoknięty cały jestem i szukam Marty Podgórnik. Gdzieżeś jest? No normalnie nigdzie jej nie ma, kurwa! Jak się spytałem takiej babki o Martę to takie oczy na mnie zrobiła i mówi, że pierwsze słyszy, że Jacka Denhela to zna, ale Marty, że nie. A ja jej mówię, że Jacka to każda dziwka w tym mieście zna, bo on topowy i w Telewizji Publicznej z Grażynką Torbicką dupy daje. I mówię jej jeszcze, zupełnie szczerze, że Jacek mi nic nie daje, to znaczy w kwestii Marty, nie analnej, bo ja mojej Marty szukam, co kiedyś, jak była ostro najebana, a jak ona jest ostro najebana to jej trochę odpierdala, no a wtedy jej odpierdoliło konkretnie, więc jak była najebana to w takich ohydnych majtasach na miasto wyszła, że kto tylko na nią spojrzał to rzygał ostro, że hej. I mówię jej jeszcze, że dobrze, że ja się cieszę, że Jackowi książki nie idą, bo on człowieka uszanować na Szuflandii nie umi, pomiata człowiekiem, i mówię, że na przecenie książki jego są, że stare babki lubią go czytać, że starych babek koty szczają na jego Lalę, bo jego Lala 10.90 tera kosztuje, tyle co w koszernym Rossmanie dziesięć rolek papieru toaletowego. To niech se teraz stare baby dupczy. Albo niech stare baby dupę nim se obcierają. Ja już z Jackiem nic wspólnego, nawet w Lublinie, nie chcę mieć. Tak jej powiedziałem i wyszedłem, bo jak Marty nie ma to, co ja będę u niej robił, nie ma sensu. A ja jestem po pracy, normalnie osiem godzin w robocie siedziałem i udawałem, że coś robię, co jest bardziej męczące, uwierzcie mi, niż samo robienie. I nagle przypomniało mi się, że z Martą miałem ran-de-wu, no to wchodzę tu i tam, a jej nie ma. No to dzwonię tu i tam, a oni mówią, że nie ma, ale że jak tak bardzo chcę to, że oni tak mogą zadzwonić to tu, to tam i zrobić, że będzie, że niby takie swoje sposoby mają. No to ja im mówię, że ja nie pierwszy jestem i że ich sposoby znam, i się ich pytam, cwaniaków, w takim razie, da się tak zrobić, żeby zaraz, bo ja na teraz, na dziś akurat Marty potrzebuję i że to palący problem jest, niecierpiący zwłoki. A oni, że dzisiaj to nie da rady, że jutro, albo pojutrze. O żesz... To ja im mówię, że pojutrze to se ja nawet mogę Jana Pawła II tutaj ściągnąć. Że wszystko se mogę ściągnąć. Bo ja nie lubię, jak ktoś w takie gołosłowie wpada, że niby załatwi, a potem, że jednak nie. Albo, albo. Denerwuje mnie to bardzo. Potem wpadłem na pomysł, że może w Lokatorze. W Lokatorze to ona może być. Zmarznięty i zmęczony, wchodzę do Lokatora, a tam co? Nie ma jej... Kurwa! To ja się pytam tego sprzedawczyny, generalnie miły, ładny chłopak, grzywka na bok, blond włosy, uśmiech od ucha do ucha, pytam się, a gdzie jest? Że nie wie, powiedział, żebym jeszcze poszukał, ale że Marta to na pewno nie u nich. Ja se pomyślałem, że u kogo jak u kogo, ale że u nich na pierwszym miejscu powinna być. Nieważne. Miły chłopak, zresztą, na film mnie zaprosił, ale czasu nie miałem, mówię mu, że ja na gwałtu rety, że ja za Martą ganiam z wywieszonym jęzorem. a on mnie na tą telewizornię dalej zaprasza, powiedziałem nie, nie mam czasu i wybiegłem, szkoda, że mnie jeszcze na dupczenie nie zaprosił... Odmówiłem, trudno. A tu do mnie dzwoni Leszek, że podobno u Kamila Marta jest, ale że od Kamila to wyciągnąć ją będzie trudno. Ja mu mówię, jak to tak, jak my mamy z Martą to robić, a Leszek mówi, że rozumie, ale że on wiele nie może, zwłaszcza przez telefon, że się dopiero w piątek zobaczy, jak pojedziemy do Lublina i z Kamilem pogadamy. Potem jeszcze raz Leszek zadzwonił, żebym do Marty napisał, to napisałem, ale na razie się nie odzywa. A ja tu szaleję...

19:19, georgu79 , Inne
Link Komentarze (1) »
II Stacja Literacka Dworcawschodniego

TEKTURA
ul. Wieniawska 15a
Lublin


1 (piątek) czerwiec 2007
godzina 22.00

 

Zapraszamy na II Stację Dworcawschodniego, która odbędzie się 1 czerwca 2007 roku w Tekturze (ul. Wieniawska 15a, Lublin) o godzinie 22:00. Jest to już druga impreza mająca na celu promowanie młodych twórców z regionu lubelskiego i konfrontowanie ich twórczości z tekstami autorów spoza Lublina. Druga stacja będzie miała charakter firmówek biznesowych dla sekretarek, menagerów i studentów technologii żywności. Chcielibyśmy zapoznać was z biznesmenami, którzy pomimo swojego młodego wieku, osiągnęli już spory sukces.

Znajdujemy się obecnie w bardzo ważnym momencie dziejowym. Gospodarka rynkowa rośnie i jest w szczytowym momencie ożywienia. Sytuacja na rynku pracy poprawiła się. Mamy duże zapotrzebowanie przedsiębiorców na pracowników. Osiągnęliśmy najwyższy w naszej historii wskaźnik wykorzystania mocy wytwórczych. Rośnie popyt konsumpcyjny i inwestycyjny. W kwietniu zanotowano 12 procentowy wzrost produkcji przemysłowej w stosunku do zeszłego roku. Połowa osób zatrudnionych na etacie dostała w ostatnim roku podwyżkę.

Wisława Szymborska w swoim wierszu napisała: „Czekając na rosół z makaronem”. A Jacek Dehnel rozpoczął swoją książkę od słów: „Już teraz dom w Oliwie wygląda inaczej”. W świetle tych faktów zapraszamy was na drugą stację Dworcawschodniego.

Podczas jej trwania będziemy postulowali, żeby literatura aktywnie wzięła udział w budowaniu nowej rzeczywistości! Poeci do procesora. Dramaturdzy do laboratoriów genetycznych. Prozaicy zróbcie loda nowym technikom budowniczym.

Na imprezie odbędzie się publiczne spalenie poezji Marty Podgórnik jako reprezentantki zgniłego antykonsumpcjonizmu, który sam siebie pożarł i dostał zgagi.



Swoje teksty przeczytają:




DAWID ein313 – urodzony w sercu Lublina 13stego w pewną Niedzielę lat osiemdziesiątych. Po renomowanych studiach i stażu w znanej firmie prawniczej obecnie zasiada w zarządzie fundacji na rzecz przeciwdziałania rozwoju gospodarczego. Ma psa, razem z żoną mieszka w jednej z podlubelskich miejscowości. Według niego prawda istnieje i ma się dobrze. Gnosis intactu. Jest epicentrum idei surdadaizmu, outrowertyzmu(sztuka), intyzmu (fenomenologia-noumenologia) oraz totalizmu (egzystencjalizm).Wszystko to zawiera się w kwestii 313. Obecnie zajmuje się istotą świadomości i łamaniem koła.




KUBA WĘGRZYN – urodzony w Nowym Sączu w 1983 roku, specjalista ds. IT, informatyk z zamiłowania i z nienawiści. Stworzył system komputerowy na którym opierają się strony ABW. W wolnym czasie pije sok pomarańczowy. Fachowiec. Tworzy programy dla miejskich koszy, na ciele, na niby, na zaparowanej szybie autobusu, na odwrotnej stronie ławek na uczelni, na drzwiach ubikacji, na brudnych szybach samochodu. Jego biznesy są ulotne.





KAMIL MĄCZKA – ur. 03. 07. 1984 roku w Lublinie gdzie mieszka, account manager, od kilku lat w zawodzie, piastował wiele kierowniczych stanowisk, nie rozstaje się z kalkulatorem. Oprócz ekonomii interesuje się grą w warcaby, oglądaniem relacji z obrad sejmowych i uprawianiem kwiatków na balkonie. W wolnych chwilach kradnie torebki, radia, batony z hipermarketów. Zakochany jest w liczbie pi.




JAŚ KAPELA – ur. 1984. przedstawiciel handlowy. Bezwzględny, nieczuły i wyrafinowany. Bez poczucia humoru. Sprzedaje dzieciom podrobione snickersy. Zrobi wszystko, żeby tylko pozbyć się towaru. Twierdzi, że najważniejszy jest dla niego kontakt z klientem, od niego wszystko się zaczyna. Jest to podstawowy filar dobrze prosperującej firmy. Napisał książkę: „Jak sprzedać stary samochód.” Prowadzi branżowego bloga: blog.art.pl/r/.
Mieszka w Krakowie.


prezentacje przedstawi Fundacja Mejk A Rejnbow Wish






LESZEK O – ur. 1981, starszy specjalista customer care, zajmuje się szeroko pojętą obsługą klienta z prawa i lewa, od przodu i od tyłu. W szkole podstawowej – przewodniczący klasy. W liceum należał do klubu ekologicznego. Jest pasjonatem kiosków Ruchu. Przeprowadził cykl wykładów dotyczących profesjonalnego i odpowiedniego traktowania klientów w okienkach kasy chorych. Odznaczony Krzyżem Żelaznego Dogadzacza. Współzałożyciel Fundacji Mejk A Rejnbow Wish





ŁUKASZ L – ur. 1979, specjalista ds. logistyki. Kocha wykresy oraz pogaduszki z sekretarkami. Rząd RP czasami prosi go o ekspertyzy logistyczne. Zbiera puste pudełka i wypełnia je zepsutymi żarówkami. Współpracował z wieloma renomowanymi firmami. Na co dzień jeździ na rowerze z przebitą oponą. Współzałożyciel Fundacji Mejk A Rejnbow Wish.



do kotleta zagrają:

Plug and Play, Lublin
Koncert Hatifnats, Warszawa
Orient Express Soundsystem
19:05, georgu79 , Inne
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 12 kwietnia 2007
O pokoleniach
Dziadek i Młódka

Wstał, bo dusił go smród ugotowanych parówek. Zobaczył, że ona jeszcze śpi. Był wkurwiony, bo jakąś godzinę temu to ona nastawiła te parówki, a potem o nich zapomniała. Wyszedł do kuchni, spojrzał w rondelek, parówki spuchły i rozpierdoliły się w tej tłustej wodzie. Podszedł do okna, otworzył je, nie buchnęło mu w twarz świeże powietrze, ale woń błota i kurzego gnoju. Nie zamknął okna, bo, mimo wszystko, kurze gówna były mu milsze.

- Będziesz to jadła?! Juz ci się ugotowały! – krzyknął w stronę łóżka.
Spała.
- Czy będziesz jeść te parówy?! Bo śmierdzą! – powtórzył po chwili.
- Nie chce mi się... Jestem śpiąca... może potem – odpowiedziała

Postanowił, że wróci do łóżka, że się położy i odpocznie. Położył się obok niej, spojrzał na nią, a potem się gwałtownie obrócił. Chrapała, co prawda cicho, ale chrapała. On nigdy nie chrapał. Oddychał powoli, jakby wbrew sobie. Taki trening ciała. Nie mógł usnąć, podniósł się i siadł na skraju łóżka owijając się całą kołdrą. Nie lubił jak tak leżała naga, pomyślał, że mogłaby se chociaż majtki na dupę założyć, a zresztą takie kurwa majtki, to może lepiej nie... Patrzył się w okno, przypomniała mu się Bożena, ona przynajmniej nie wydziwiała...

Dziewczyna obudziła się. Obróciła się na łóżku. Spojrzała na niego, jak tak siedział zamyślony, zmęczony. Starzec. Ale ona lubiła dziadków. Może to była martwota żywego ciała, pół śmierć, pół życie. Sama nie wiedziała, nie potrafiła tego opowiedzieć, przekazać tego we słowach. Czuła. Teraz. Powiedziała, żeby się znów położył, bo jej zimno. Wrócił do łóżka. Miała ochotę na seks.

Młódka: Łap mnie, goń mnie...
Dziadek: Nie, nie będę cię łapał, nie będę cię gonił.
Młódka potem: Gryź mnie, smakuj mnie...
Dziadek: Nie, nie będę cię gryzł, smakował nie...
Młódka jeszcze: Targaj, zerwij ze mnie ubranie...
Dziadek: Nie, nie będę zrywał, rozrywał twoich majtek, twojego biustonosza.
Młódka szeptem: Liż mnie, to dla ciebie jestem taka gorąca, to dla ciebie jestem taka świecąca...
Dziadek: Nie będę lizywał twoich stóp, ani twojego boku, nie, nie strzelę ci patelni.
Zapach twój i mój unosi się i gęstnieje. Gęstnieje, aż mrok. Ja jestem flegmatyk. Nie będę za tobą biegał, ganiał, nie będę targał ci włosów. Leżmy. Proszę cię.


I tak leżą nieruchomo. On oddycha spokojnie, ona płytko i nerwowo. On oddech, a ona trzy oddechy. Nie mogą zasnąć. Głęboko i Płytko. Wolno i szybko. Oddechy za oddech i oddech za oddechy. Zakrztusiła się, kaszle, ale dziadek się nie rusza, oddycha. A potem ona niby drapie się po brzuchu, ale dziadek widzi, że to nie drapanie, że ona zaczyna zalotnie flirtować. Zalotnie, tak koło pępka. Dziadek nic, udaje, że nie widzi, oddycha spokojnie. A ona się już masuje, tym palcem, coraz głębiej i dalej, dosadniej i wilgotniej. On już nie wytrzymuje, podnosi się sztywno z łóżka, obraca się w jej stronę i mówi.

Dziadek: Pierdolę całą twoją twojość. Nie będę, nie chce mi się. Jakieś tam gierki, to nie dla mnie, nie chce mi się. Sfinksy, puszczanie oczek, nie. Swędzi cię – powiedz, że cię po prostu swędzi. Ale nie, ty myślisz, że bez oczek i sfinksów, że mnie nie złapiesz na ten świąd swój, że cię nie podrapię. Ale nie masz racji, bo ja cię i tak nie podrapię. Bo z tym, czy tamtym, to nie ma znaczenia. Teraz jestem impotentem. Zimno na to patrzę. Bo ja nie chciałbym widzieć, jak się starzejesz. Spojrzę na ciebie i rzygnę, rzygał będę tobą. W młodości życia największy skarb. A młodość to niewinność. A ty w końcu i tak pierdolniesz się na okrętkę, strzelisz se jakieś pasemka, potem trwałą i tak będziesz się ukrócać. Cukierkami będę karmił cudzą, ale nie twoją już, młodość, czekoladkami, będę jak dobry wujek, ale już nie dla ciebie. Spierdalaj!

Zmieszana zabrała swoje rzeczy i wyszła. Usiadł. A potem przypomniał sobie o czymś, pobiegł do kuchni, złapał ten rondelek z parówkami i krzycząc - Masz kurwa, zapomniałaś zeżreć!!! – rzucił w drzwi tak, że parówki się rozdupiły po całej podłodze.

Spojrzał na bałagan. Uspokoił się. Zobaczył przez okno, jak zapierdalała przez to wiejskie błoto. Uśmiechnął się.
- A może byłem zbyt melodramatyczny...

13:37, georgu79 , Inne
Link Dodaj komentarz »
piątek, 06 kwietnia 2007
Biografie
Jarosław Iwaszkiewicz

Jarosław „Jaro” Iwaszkiewicz (1976) – poeta, prozaik, tłumacz literatury duńskiej, performer, krytyk sztuki. Studiował polonistykę i malarstwo w Poznaniu. Założyciel festiwalu poezji Twarzą w beton im. Marty Podgórnik. Zasłynął na nich pokazem zapasów w kisielu Lucha Libre wraz z krytyczką Martą Wyką. Redaktor poznańskiego czasopisma „Pro Arte”. De biutował poetyckim tomem A nuż od ód (1996) wyróżnionym w Ogólnopolskim Konkursie Poetyckim im. Jana Bierezina. Jest to dwudziestowierszowa opowieść o nożowniku i gwałcicielu z Jeżyc Zenonie Pluszko, którego krwawa podróż po okolicznych burdelach jest stylizowana na Boską komedię Dantego. Uderza zderzenie realnego konkretu z wyobraźniową rzeczywistością. Chorobliwy, perwersyjny obraz zbrodni, przetykany jest lirycznymi wyznaniami mordercy. W 1998 roku wychodzi jego pierwsza psychologiczną powieść w czterech tomach Ekskrementy Niny Terentiew, która jest nostalgiczną relacją miłości maszynisty do starego parowozu. Również tutaj język konkretu zastąpiony został przez marzeniowość. Fabuła zmierza do szczęśliwego finału; Maszynista śni, że naprawia parowóz i ucieka z nim do Francji zostawiając żonę i dziecko. Z kolei Jajecznica na pasztecie (2000) to przesycona autobiograficznymi wątkami powieść o burzliwych losach stróża nocnego, która momentami przypomina sienkiewiczowskie opowiadanie Latarnik. Pozbawiona dłużyzn, pełna wartkiej akcji książka przyniosła mu popularność i uznanie. W 2001 roku wychodzi zbiór poezji Treści z żołądkowej. Cechuje go precyzyjna wiwisekcja sensualna oraz nasycenie gorzką autorefleksją. Pesymizm wypowiedzi lirycznej podkreślany jest przez wszechobecny lejtmotyw labiryntu. Treści z żołądkowej został nominowany, obok zwycięskiej powieści Jerzego Pilcha Pod Mocnym Aniołem, do nagrody Nike. W 2004 roku Iwaszkiewicz wydaje eksperymentalny zbiór opowiadań Męskie gry, gdzie zestawia prozę ze swoimi obrazami. Władysław Lubieżeniec nazwał tą książkę „popowym Dekameronem”. Bohaterem opowieści jest zmęczony miastem młody mężczyzna, który postanawia zaszyć się w górach. Poznaje tam fotografa w średnim wieku, któremu pozuje na łonie natury. Każde zdjęcie (obraz) przywołuje w pamięci młodzieńca wspomnienie, które urasta do historii. Finałowe opowiadanie to scena miłosnego zbliżenia dwóch mężczyzn, odbierana, jako akt przezwyciężenia dychotomii cywilizacja – natura. Ostatnia powieść Kaczy dół to eskapistyczny pamiętnik młodego, półnagiego murarza pracującego w Anglii. Wizyjność, wyzwolony język, przemieszanie gatunków to cechy charakterystyczne prozy i poezji Jarosława Iwaszkiewicza. Autor nadal mieszka w Poznaniu.


Leszek O

Oto z kanałów IV Rzeczpospolitej wyszedł na powierzchnię Leszek Onak, ten Konan kanonów konających, ten moralizator plebejski Katonowi równy, od Herberta cięższej wagi wypluwający słowo, a z Demostenesem gotów stanąć w szranki.

Onanista ubogich duchem. Sprzedawca szczęścia drugiego gatunku. Mistrz profesji wszelakiej. Trener drużyny okręgowej. Pociąg osobowy, przystający nawet wtedy, kiedy nie zachodzi potrzeba.

 Dziecko o rozkroku wiejsko-miastowym i jajach inteligencko – proletariackich. Słowotwórca stacji kolejowej, która jak Włoszczowa do Boga o pamięć woła. Bohater chłopski z ugorem walczący. Nawożący grunt zapomniany.

Lubieżnik, bawidamek, łajdak dworcowy Warsem podszyty, Hrabal transsyberyjski, kolejarska dusza, amator wczasów zakładowych i sanatoriów pracowniczych.

Brutal z Polsilverem.

Piewca uciech zmurszałych i kobiet przekwitających, bylejakości najprzedniejszej, cymesu z sekendhendu. Amator zapachu spoconych kucharek.

Mistrz kamuflażu, tajska dziwka, odchylająca uda najlubieżniej, o ustach wilgotniejszych niż Sajgon w porze deszczowej.

Niezaspokojenie najwyższej miary. Toaleta w godzinie szczytu. I godzina szczytowania w toalecie.

Brat Albert literatury. Święty wózek złomiarski. Resajkling chałupniczy. Wymaz śmietnikowy. Papież podrobów literackich.

Oto z kanałów ten wychodzący czystszy nad biel się stanie.

17:50, georgu79 , Inne
Link Dodaj komentarz »
środa, 28 marca 2007
I Stacja Literacka Dworcawschodniego.

TEKTURA
ul. Wieniawska 15a
Lublin


31 (sobota) marzec 2007
godzina 20.00


Mam przyjemność zaprosić was na I Stację Literacką Dworcawschodniego.

Spotkanie ma rozpocząć cykl niszowych potańcówek literackich mających na celu promocję twórców z terenów Lubelszczyzny. "Dworzecwschodni" to określenie, którego użył Marcin Świetlicki opisując miasto lubelskie.

Na stacji pierwszej zapoznamy się z dwoma poetami Błażejem Kozickim i Wojciechem Be młodymi, przystojnymi z Lublina, oraz dwoma prozaikami: Leszkiem Onakiem i Łukaszem Libiszewskim, starymi i obleśnymi, obecnie mieszkającymi w Krakowie. Do tańca zagra zespół Zubrad.

 

Błażej Kozicki (1985) urodzony w Toruniu studiuje w Lublinie (biologia UMCS) członek nieistniejącej grupy Brylers Mafia uczestnik warsztatów literackich prowadzonych przez Arkadiusza Bagłajewskiego pomocna dłoń "Koziołków Poetyckich" fabrykant (fabrica.civ.pl)

Wojciech Be - Urodzony w 81r. w Niemczech. Obecnie student trzeciego roku Filozofii na wydziale filozofii i socjologii UMCS. Wcześniej studiował zaocznie informatykę i teologię. Żadnego jednak z tych kierunków nie skończył. Interesuje się: myślą ludzką, kulturą, sztuką, muzyką. Od maja 2006 uczestniczy w warsztatach literackich prowadzonych przez Arkadiusza Bagłajewskiego. Pomaga również przy organizacji Koziołków Poetyckich.

Leszek O., rocznik stanu wojennego, niezależny twórca. Zawiadowca strony dworzecwschodni.blox.pl. Autor krókich form prozatorskich "heppi pipol" uderzających w koncepcje szcześliwego społeczeństwa. Prowadzi dział literatury w Ofensywie. Studiował filologię polską, obecnie studiuje prawo. Pracował jako: kelner, redaktor, specjalista ds. marketingu, niezależny doradca finansowy, pośrednik nieruchomości. Mieszka w Krakowie.

Łukasz L. - urodzony 21 grudnia 1979 roku w Sędziszowie. Autor opowiadań oraz krótkich form internetowych, twórca grafik i animacji. Ukończył filologię polską i historię na Akademii Świętokrzyskiej w Kielcach. Współzałożyciel fanzinowego czasopisma kulturalno-literackiego „Obora” wychodzącego w Kielcach i Krakowie na przełomie lat 2000 i 2001. Od czasu do czasu współpracował z lubelską „Ofensywą”, publikując tam swoje wiersze oraz teksty krytyczno-literackie. Na swoim blogu blogoslawiony.blox.pl konsekwentnie nawiązuje do banalizmu. Autor nowej formy literackiej: Ikeizmu, który jest polemiką z akcją reklamową firmy IKEA. Tworzy nowe wersje życiorysów pisarzy. Obecnie mieszka w Krakowie, mieście prawdziwych artystów, gdzie tłumaczy z angielskiego filmy dokumentalne dla Wedding TV oraz układa łamigłówki SudologIQ.

 

 

 

 


 

 

 

 

 

 

 

16:23, georgu79 , Inne
Link Komentarze (2) »
środa, 21 marca 2007
Ikeizmy

Drugi scenariusz

 

W meblowym przesiadujecie tylko w dziale dziecięcym. Dzisiaj w odmętach morskich głębin, otoczeni przez śnięte, pluszowe ryby i żółwie. Godzinami siedzicie na dywanie Andrea Rund, słyszycie śmiech niepoczętego dziecka, myśli układają wam się w koło, jak pomarańczowe wzory na tym dywanie. Czuwacie nad niepoczętym dzieckiem, gdy leży w plastelinowym łóżku w kolorze niebieskim z serii Mammut, czytacie mu nienapisane opowieści, porządkujecie jego nieadoptowane zabawki, wkładacie jego niepoczęte stroje najlepszych firm do niebieskiej, plastelinowej szafy Mammut z folii i plastiku. Gdy wreszcie wasze niepoczęte dziecko zasypia, zostawiacie je w tym dziale.

Z rozczłonkowaną szafą serii Mammut wracacie do mieszkania. Po drodze przypominasz sobie, że masz ofertę pracy, tylko że w stolicy, że mógłbyś być accountjuniormanagerem w superfirmie i mieć więcej pieniędzy na dom, ale po rozmowie z żoną postanowiłeś, że odrzucisz tę propozycję, bo nie możesz zostawić jej samej z niepoczętym dzieckiem. W mieszkaniu składacie radośnie szafę, ustawiacie ją w waszym dziecięcym mieszkaniu. Żona przygotowuje wam pyszny obiad z KFC. Potem wychodzicie na miasto, spacerujecie po parku z nieobecnym dzieckiem, zaprowadzacie go na plac zabaw, gdzie słychać uśmiechy i szczęście innych, nieobecnych dzieci. Wkrótce trzeba będzie wybrać dla synka/córki odpowiednie przedszkole, szkołę, studia. Niedokończone myśli zostawiacie z niepoczętym dzieckiem, bo teraz jest wasz czas. Pilates dla żony, a dla ciebie jogging i basen. Wracacie do dziecięcego mieszkania. Gracie w scrabble. Układacie na planszy imiona dla dziecka, zdobywacie punkty, wygrywacie lub przegrywacie. Gdy wam się to znudzi, czas na lekturę. Przy białej lampie ściennej z pająkiem Minnen z zaciekawieniem wertujecie poradniki ciążowe, książki o niemowlętach, przeglądacie albumy z płaskimi, wiecznie uśmiechniętymi zdjęciami dzieci. Wizualizujecie. Składacie je. Wasze dziecko będzie miało złote loczki, zadarty nosek i ząbki jak perełki. Wasze dziecko będzie postawnym brunetem, będzie miało błękitne lub zielone oczy, powabne usta, gładkie lica. Wasze dziecko będzie roztropne, sprawiedliwe, miłosierne i opiekuńcze. Wasze dziecko będzie bawiło się z waszym nieistniejącym psem. Wasze dziecko będzie lepszym Janem Pawłem II, lepszym pisarzem, lepszym architektem, lepszym Tomaszem Lisem, lepszym lekarzem, lepszym adwokatem. Wasze dziecko będzie lepszą wersją Natalii Kukulskiej, lepszą dentystką, lepszą psycholożką, lepszą malarką, lepszą stylistką lub lepszą Kazimierą Szczuką. Wasze dziecko będzie bogate i szczęśliwe.

Nasyceni odkładacie książki, gasicie światło, bo teraz jest czas na miłość. Żona kładzie się na plecach, ty w nią wchodzisz powoli. W ciemnościach widzisz zarysy regałów, półek ściennych, łóżeczek, rowerków, stoliczków. Nie możesz się skupić, znowu flaczejesz. Przy niepoczętym dziecku nie dajesz rady. Zamykasz oczy, zaciskasz zęby, twardniejesz. Chcesz zapłodnić. Zerujesz myśli, ale nadal czujesz, że ona w brzuchu ma twoje niepoczęte dziecko. Widzisz jego anielską twarz, niebieskie oczy. Przegrywasz. Przestajesz, gdy obudzone, nieobecne dziecko składa zimny dotyk na twoich spoconych na plecach. Flaczejesz. Żona zaciska się mocniej na tobie, nalega. Ale ty słyszysz wrzask noworodka, doświadczasz potencjalnego cudu narodzin. Niepoczęte, narodzone dziecko jest piękne i niepokalane, takie dziecko chciałeś mieć, nie możesz go teraz skrzywdzić. Nie chcesz grzeszyć. Ona chce, ty nie potrafisz. Wiesz, że żona kłamie. Jej nie zależy. Chce zabrać ci twoje idealne dziecko. Uciekasz. Po śladach niepoczętego dziecka biegniesz do kuchni. Musisz to przerwać. Wybrać. Tasakiem Skarpt ze stali nierdzewnej z dodatkiem molibdenu i wanadu za jedyne 49 złotych odcinasz sobie członka. Resztką sił wychodzisz z mieszkania, zabierasz ze sobą niepoczęte dziecko. Ciało niezaspokojonej żony stygnie w dziecięcym mieszkaniu.

 

23:10, georgu79 , Ikeizmy
Link Komentarze (1) »
środa, 07 marca 2007
Ikeizmy
Pierwszy scenariusz

Kupujesz okazyjnie regał Billy za 850 złotych. Wiadomo, drzwiczki ze szkła hartowanego, okleina foliowa. Pożyczasz pieniądze od tego sąsiada, który nie ma dzieci, nie ma żony i nie wydaje pieniędzy. Dokupujesz potem, w tym samym kolorze, skórzaną sofę dwuosobową Kramfors, która kosztuje tylko 2699 złotych. Bierzesz na to w banku kredyt, który dostajesz w pięć minut, bo udało ci się zbajerować, że żonę jeszcze nie wylali z roboty i nie wspomniałeś, że w innym banku wziąłeś kredyt na śliczny, beżowy zestaw mebli kuchennych Faktum za jedyne 3025 złotych. Z Providenta pożyczasz ledwie 1000 złotych, bo wiadomo, jakoś to będzie. Kupujesz za półdarmo biały stolik Liartop z wysuwaną szufladką i z blatem ze szkła hartowanego, który wytrzymuje duże obciążenie. Za resztę kupujesz ogromną, niebieską miskę i sześć kilo holenderskich jabłek. Kiedy ci to wszystko, wreszcie, przywożą, za jedyne 350 złoty, bo mieszkasz zaledwie dwieście kilometrów od najbliższego meblowego, nie możesz posiąść się z radości, tak to ślicznie wygląda. Stawiasz stolik Liartop przed regałem Billy, siadasz na sofie Kramfos. Zwolniona z pracy żona przynosi ci z zajebistej kuchni w niebieskiej misce holenderskie jabłka i ty zajadając jabłka oglądasz na żywo Taniec z Gwiazdami. Akurat tańczy Kasia Cerekwicka. Kasia cię tak rajcuje, że nawet nie wiesz, kiedy zjadłeś dwa kilo jabłek. Nagrywasz se Kasię. Walisz konia w łazience, szepcząc jej imię i kładziesz się spać na nowej sofie Kramfos. Rano wstajesz, musisz odwieźć Matizem dzieci do przedszkola. Po drodze zatrzymuje cię policja, bo jechałeś pięćdziesiąt pięć w terenie zabudowanym. Legitymują cię i każą dmuchać w balonik. Alkomat wykrywa jeden i pół promila alkoholu z holenderskich jabłek. Dzień wcześniej Sejm RP zgodnie przegłosowuje ustawę: Zero tolerancji dla pijanych kierowców. Zatrzymują cię w areszcie. Przejebałeś se tym, że dzieci wiozłeś po pijaku. Rekwirują ci samochód, zabierają prawo jazdy, a nadgorliwy funkcjonariusz, który zapragnął, żeby być kiedyś radnym z ramienia prorodzinnej partii, spuszcza ci łomot stulecia. Wreszcie wierna żona, po wielu dniach zakładowej udręki, pożycza kasę od znajomych i wpłaca 5000 złotych kaucji. Wychodzisz. Żona przekazuje ci niewesołą wiadomość, że wylali cię z pracy za to, że jesteś zwyrodnialcem i bandytą. Wracasz do domu. Siadasz na sofie Kramfos. Jesz jabłka. Mieszkasz w małej miejscowości, a proboszcz nie zna miłosierdzia i rzuca na ciebie klątwę. Wracając z niedzielnego nabożeństwa narażasz się prawomyślnym obywatelom, którzy spuszczają ci sprawiedliwy łomot. Ledwie wracasz do domu i kładziesz się resztkami sił na sofie. Po dwóch miesiącach pojawiają się szanowni panowie z Providenta. Powszechnie wiadomo, że nie masz, jak zapłacić długu. Szanowni panowie gwałcą ci żonę i zabierają syna Kevina Patryka, którego sprzedadzą potem z zyskiem na części. Dwa dni później twoja żona w łazience goli się na łyso. Wyganiasz ją z domu i pozostałą dwójkę dzieci, bo wygląda okropnie i przestała, nawet w najmniejszym stopniu, przypominać Kasię Cerekwicką. Około południa pojawia się dżentelmen z banku z panem komornikiem i zabierają ci śliczny, beżowy zestaw mebli kuchennych Faktum za jedyne 3025 złotych. Wieczorem kończą się holenderskie jabłka. Następnego dnia, wczesnym rankiem, wpada, z pianą na ustach i tasakiem w ręku, życzliwy sąsiad, który przygarnął twoją łysą żonę, bo lubi Sinnead O’Connor i przywłaszcza, że niby jego własną, zasiedzianą przez ciebie, skórzaną sofę Kramfos i brązowy regał Billy. Wpadasz w histerię, biegasz nagi po pustym mieszkaniu, a gdy już masz dosyć wchodzisz na biały stolik z szufladką Liartop, żeby zasnąć, ale blat stolika załamuje się pod twoim ciężarem. Kładziesz się okaleczony na podłodze i zasypiasz. Budzisz się w schronisku dla bezdomnych ściskając w rękach białą nóżkę od stolika Liartop. Od sąsiadów z łóżka dowiadujesz się, że przywieźli cię tu, po tym, jak podpaliłeś mieszkanie.

00:58, georgu79 , Ikeizmy
Link Komentarze (3) »
poniedziałek, 05 lutego 2007
Familiada
Panem et circenses

Mój ojciec. Dowiedziałem się przez telefon. Podarł swoją koszulę w romantycznym geście Rejtana i rzucił w matkę kapciem, ale nie trafił, bo się uchyliła. Mój ojciec gaśnie programowo, powoli, jak nasz stary odbiornik Neptun. Telewizyjnie. Mistrzostwa Jedynki, Dwójki i chuj wiadomo, czego tam jeszcze. Gaśnie przy dupadzie. Olimpiada - dupada. Zapłonął odbiornik. Zapadanie się zaczęło. Piłka nożna, siatkówka, biegi, skoki, kolarstwo, siatkówka, szczypiorniści, to łowienie czubkami palców krzesła, to martwy ruch gałek ocznych, to nagłe skurcze dupy, to pot zaciśniętych myśli, ból niewysranego słowa. Ciemność i jasność. W ciasnym pokoju tylko on. Przekracza możliwości ludzkiego ciała, umysłu, bije rekordy, zwycięża. Puls pod skórą wychodzi na zewnątrz. Mięśnie skrzeczą. Łysy gepard szykuje się do skoku. Gdy ponosi porażki, łapie się za resztki włosów, albo nieruchomieje, krew w nim stygnie. To siedzi w nim. Czuje się jak ostatni gladiator na arenie. W tle leci mu hymn Ich Troje „Mój Bóg jest miłością mą” w tonacji bokserskiej. Stroboskop wali basem po twarzy. Pędzi bolidem w ekran. Słowa nikną w gęstym powietrzu.


W mieszkaniu unosi się zapach gotowanej kapusty kiszonej. Kapuśniak wypełnia mieszkanie, jak muzyka Kasi Cerekwickiej wypełnia Galerię Kazimierz. Każdy pokój jest tym wypełniony, okadza się dymem kapuścianym każdy święty obrazek na ścianie, ale kapustę trzeba zjeść, bo została. Jemy resztki. Mamy dużo. Mamy mało. Mamy więcej niż inni, mamy mniej. Chleb całujemy przez uszanowanie. Chleba się nie wyrzuca, chleb się zostawia. Chleb umiera w domu, na parapecie zastyga, twardnieje, pleśń porasta jego skórę. Rozdziobią go kury. Kury srają tym chlebem. Dzieci srają chlebem. Obiad. Wołam. Woła matka. Dźwięki nie rozchodzą się tak, jak należy. Odbijają się od napiętego ciała. Wreszcie słyszy. Wstaje. Podnosi się z krzesła, z dywanu, z łóżka. Idzie jeść. Pierwszy. Idzie koło łóżka, koło kibla, mija ogromną gdańską szafę, która kradnie całe światło, obojętnie mija wszystko, co stworzył i czego nie stworzył. Wchodzi do kuchni, siada na taborecie, wyciąga rękę, nie czeka. Kładzie talerz na stole, bierze chleb, pochyla się, nie odzywa się słowem, je, przechyla szybko talerz, potem dojada jeszcze chlebem, gdy zje, wyciera ręce i twarz w podkoszulek. Pierwszy na starcie, pierwszy na mecie.


Mój ojciec zawsze powtarzał, że my ze szlachty, my som pany, a nie jakieś chamy, parobki zasrane. A znalazł się tu, utknął, przegrał. Obudził się. Olimpijski duch w nim wygasł. W geście Rejtana potargał koszulę, sprzeciwił się i zbuntował, nagle zapragnął utraconej wolności, której nawet nie wie, jak i kiedy oddał. Kiedy wraca i siada przed telewizorem to jest zwycięzcą, jak ogniowłosy Michał Wiśniewski, błyszczy, walczy, bije w mordę, potem przeprasza i wyzywa Pana Boga na pojedynek myśli. Poza tamtym światem mój ojciec już nie istnieje.

23:10, georgu79 , Inne
Link Dodaj komentarz »
piątek, 02 lutego 2007
Rewolucja moralna
Brudny Harry
Pamiętam jak starzy ludzie w mojej wsi gadali, że czorny to ma diobła w portkach. Nie wierzyłem im na słowo, bo żadnemu murzynowi do majtek nie zaglądałem i zaglądać nie zamierzałem. Ale jak w telewizji pokazali, jak Simon Mol uwiódł niewinne, polskie dziewczyny, to żem zdębiał. Taki wstyd. Normalne, zdrowe, chodzące do kościoła i dobrze się uczące uwiódł bezwstydnie. Teraz spokoju nie zaznają. Krecia robota, mówię wam. Zaplanowane. Promują feministki rewolucję seksualną, to mają. Wstyd narobiły tylko. Seksu promocję chcą robić, jak masła albo dżemu. A potem w tym porządnym programie „Warto rozmawiać” gęsto się tłumaczą, ale i tak ten dobry, porządny człowiek, redaktor Pospieszalski prawdę zna, przejrzał je, racji im nie przyznaje, tylko swoje lansuje i dobrze, bo któż z przyjemno ścią łgarstw słucha? Naoglądałem się obiektywnie tego programu i wyrobiłem se zdanie, że problem głębszy jest, niż tylko nieszczęśliwy przypadek tych studentek. Nie można tego tak na czarno-biały sposób odbierać, rzucać nam kamieni, obwiniać, tylko się zastanowić trzeba, refleksji głębszej nam trzeba. Bo dziewczyny niczemu niewinne, to system jest zły, szkoła zła, rodzice źli. One nie wiedziały, z kim idą do łóżka, nie wiedziały, co robią, albo jak wiedziały to myślały, że cwańsze są, że krzywdy nikomu nie będą robić, wiecie sami jak to jest. Może same nie chciały, tylko musiały. Tylko przed lustrem stanąć potem człowiekowi wstyd, przyznać się trudno. Szatańskim sztuczkom dziewczyny uległy. Gumy nie zakładasz, bo to po chrześcijańsku nie zakładać. Grzech to przecież wielki. On prosił, one uległy, bo przypomniało im się zapewne, jak ksiądz na kazaniu grzmiał, że do piekła pójdą, jak ich chłop gumę założy. Grzeszyć nie chciały. A on ich dobroć, niewinność wykorzystał haniebnie. Żadne szmatławe intrygi, dowody na niby tego nie zmienią. Jakie prawo w niebie, takie na ziemi być musi. Po bożemu żyć trzeba. A media chciwe pławią się, cieszą się, sycą się tym sromem. Wszędzie to roztrąbione: w gazetach, w telewizji, w radio, jakby chwalić się czym było. Wiem, że tak było, bo żem sam siedział w domu i oglądałem telewizor. Widziałem w „Wiadomościach” wszystkie baby, jak jedna, badać się zaczęły, bo każda się bała. Wiadomo każdy się boi, bo to wiadomo, gdzie się człowiek zarazić może? Wszędzie teraz murzynów pełno, na ulicy ich widzisz, na dworcu, nawet do polskich knajp chodzą, śmieją się, rozmawiają i jedzą, jak gdyby nigdy nic. Niby człowiek wie, jak się zarazić może, ale tak na prawdę, to każdy wie, że z tym różnie bywa. Nawet ręce i nogi myć teraz to strach. Ja już, na ten przykład, w publicznych toaletach nóg nie myję. A oni panoszą się, mieszkania kupują, polską marchew wykupują, polskie ziemniaki, tylko tucznika wieprzowego nie chcą kupować i bieda z tym taka, że aż Andrzej Lepper interweniować musiał, dobrodziej nasz i anioł. Ja nikomu przyjeżdżać do Polski nie bronię, nie chcę wymyślać bzdurnych zakazów, bo restrykcjami nic się nie zdziała, bo w demokracji żyjemy, a nie w państwie policyjnym. Ale, aby dobrze było, system zdrowy być musi, zasady proste i jasne dla wszystkich. Polska krajem katolickim jest i nikt temu nie zaprzecza i dlatego, nim wpuścimy do kraju murzyna, jego lędźwie wybadać najpierw nam trzeba, czy nie na pokusę będzie zwodził, czy to nie diabeł przyrodzony. Moralna odnowa to nie droga usłana różami, tylko przejście w bród przez gnojówkę. Nie można się nam skalać. W domu pańskim zło panoszyć się nie może. Sprzeciw wobec zła nie jest sprzeciwem wobec demokracji, jak niektórzy nam chcą zasugerować, tylko naturalnym odruchem istoty ludzkiej dążącej do Boga.
21:35, georgu79 , Inne
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2

Strona Główna